Po dwóch dniach burzliwej debaty w Zgromadzeniu Narodowym De Volkskrant stwierdza, że Geert „Wilders podkopuje autorytet Marka Rutte’go”, liberalnego polityka stojącego na czele rządu. „Szef PVV wywołał wielkie oburzenie wśród swoich przyjaciół i wrogów serią prowokacyjnych wypowiedzi pod adresem opozycji, Greków, islamu i samego premiera”, pisze dziennik. Nazwał na przykład Joba Cohena, przewodzącego opozycyjnej Partii Pracy, „wiernym pieskiem rządu”, meczety – „siedliskiem nienawiści”, a Greków – „oszustami”.
Mark Rutte oświadczył, że jest „głęboko oburzony” tonem wypowiedzi Wildersa w debacie na temat budżetu na 2012 r., i to „w samym środku kryzysu [gospodarczego]”. Opozycja ocenia zaś, że Wilders „naraża wizerunek Holandii”. Sam zainteresowany uważa te głosy krytyki za „przejaw obłudy”, ponieważ jego samego nazywa się od lat w parlamencie „ekstremistą, rasistą i ksenofobem”.
„Mniejszościowy rząd powinien sobie zadać pytanie, czy współpraca polityczna [koalicja mniejszościowa z poparciem PVV w parlamencie] powinna być utrzymana”, uważa Trouw. De Volkskrant domaga się z kolei od Rutte’go, by pokazał, że jest zdolny do „silnego moralnego przywództwa i nie pozwolił, by kojarzono postępowanie Wildersa z nim lub z jego rządem”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?