„Dolarowa kroplówka dla europejskich banków”, głosi nagłówek w Rzeczpospolitej nazajutrz po tym, jak największe banki centralne świata wpompowały miliardy dolarów w europejski system finansowy. Banki na Starym Kontynencie otrzymały trzymiesięczne pożyczki denominowane w walucie zza Oceanu. Skutek był natychmiastowy – ceny akcji na światowych giełdach poszybowały w górę, a euro się wzmocniło. „Niektórzy analitycy sądzą, że ruch zwiększający płynność to tak naprawdę jeden z etapów przygotowań do bankructwa Grecji”, a tego scenariusza, pisze dziennik, liderzy europejscy na razie w ogóle nie biorą pod uwagę. A jednak ten pozytywny efekt działania podjętego dokładnie w trzecią rocznicę upadku banku Lehman Brothers, który zapoczątkował światowy kryzys, może być „krótkotrwały” i nie „zastąpi koniecznych reform” ani nie „rozwiąże problemów finansów publicznych strefy euro”. Rzeczpospolita spieszy z ostrzeżeniem: „Jak pokazują najnowsze prognozy Komisji Europejskiej, unijna gospodarka zwalnia i w czwartym kwartale wzrost gospodarczy może być prawie niezauważalny… Sytuacja może być jeszcze gorsza, bo nikt nie jest w stanie przewidzieć konsekwencji restrukturyzacji greckiego długu”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?