„Ile kosztuje imigrant?” Takie pytanie oficjalnie zadała 22 lipca partia Geerta Wildersa (Partia Wolności – PVV). Jego adresat, holenderski rząd, w czwartek 10 września spróbował udzielić odpowiedzi. „Nie prowadzimy rachunkowości uwzględniającej ekonomiczną wartość ludzi”, wyjaśnił minister integracji Eberhard Van der Laan na łamach holenderskiego dziennika Trouw. Dodał, że nie chciał powiedzieć więcej z obawy, że ksenofobiczna partia zacznie instrumentalnie posługiwać się danymi liczbowymi i wykorzysta je jako argument na rzecz wypędzenia muzułmanów. Choć inne ugrupowania reprezentowane w parlamencie uważają pytanie PVV za „haniebne i karygodne”, to jednak, ich zdaniem, ma ona prawo uzyskać dokładniejszą odpowiedź od rządu. Minister deklaruje teraz, że jest gotowy dokonać kalkulacji dotyczących efektów polityki imigracyjnej, ale nie wyliczy „kosztu” poszczególnych jednostek. Zdaniem PVV nieszczerość władz jest dowodem na to, że podatnik jest zmuszony płacić wysoką ceną za masową imigrację.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?