„Rostowski wieszczy wojnę”, straszy nagłówek w Dzienniku Gazecie Prawnej. Gazeta nawiązuje w ten sposób do wczorajszego wystąpienia polskiego ministra finansów w Parlamencie Europejskim. W przemówieniu tam wygłoszonym pojawiła się słabo zawoalowana groźba, że rozpad strefy euro może, w perspektywie „10 lat”, doprowadzić do wojny w Europie. Kontrowersyjna mowa spotkała się z mieszanym przyjęciem w polskiej prasie. „Pan minister raczej umocnił stereotyp Polaków jako ludzi kierujących się emocjami, irracjonalnych i łatwo się zacietrzewiających”, ubolewał komentator Rzeczpospolitej. Natomiast Gazeta Wyborcza bierze w obronę Jacka Rostowskiego, który, „choć mocno przeszarżował z hiperbolą o wojnie”, miał rację co do sedna sprawy: „rozpad eurolandu byłby katastrofą dla Europy. I gospodarczą i polityczną”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?