„Robert Bourgi, były ‘Pan Afryka’, co podpalił Republikę”, głosi tytuł w Le Monde. Zeszłego tygodnia ten ongiś oficjalny doradca Nicolasa Sarkozy’ego oskarżył dawnego prezydenta Jacquesa Chiraca i jego premiera Dominique’a de Villepina o „przyjęcie wielu dziesiątków milionów w wypchanych teczkach”, przekazywanych przez szefów afrykańskich rządów na finansowanie kampanii wyborczych.
Te rewelacje „to ogromne śmierdzące jajo”, lamentuje dziennik, który przypomina, że „Pan Bourgi nie jest byle kim. Przez długi czas był współpracownikiem Jacques Foccarta, twórcy departamentu afrykańskiego w Pałacu Elizejskim, który wykreował te przestępcze związki między Francją i jej byłymi koloniami, polegające na tajnym opłacaniu tej czy innej partii w zamian za wspieranie przez Republikę poszczególnych afrykańskich reżymów”. W artykule redakcyjnym zatytułowanym „V Republika, czyli bananowa?”, Le Monde konstatuje, że „po grzęzawisku afery Bettencourt i bezprawnym podsłuchiwaniu dziennikarza Le Monde, tworzy to obraz demokracji upodlonej, zszarganej, niezdolnej do debaty wyborczej potrafiącej zmierzyć się z wyzwaniami chwili”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?