„Rząd rumuński wprowadza niewiarygodny dekret”, pisze na pierwszej stronie Evenimentul Zilei. Otóż merowie nie mają już prawa składać kłamliwych obietnic nie tylko „w trakcie kampanii wyborczej, ale i podczas pełnienia mandatu”. W myśl dekretu 961/2009 wszelkie tego rodzaju wykroczenia będą karane, najczęściej „obcięciem” budżetu przyznawanego gminom przez państwo. „Żegnajcie wiszące autostrady [przebiegające nad miasteczkami], żegnaj kanalizacjo i gazie w miejscowościach, gdzie nie ma nawet miejskiego oświetlenia”, ma uciechę dziennik. W istocie dekret nakazuje lepsze informowanie obywateli poprzez ogłoszenia umieszczane w specjalnie do tego przewidzianych miejscach, ponieważ „gdy obywatele będą lepiej poinformowani, uda się uniknąć konfliktów”. Jak to tłumaczy rząd w tym „niewiarygodnym” dokumencie: „Dość mamy biurokracji i sposobu myślenia urzędników publicznych”!
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?