„Pomoc dla Grecji kosztuje banki o wiele mniej, niż przewidywano”, donosi Der Standard. Dziennik zwraca uwagę, a wiedzę czerpie z badań Barklay’s Bank, że instytucje posiadające greckie papiery wartościowe stracą nie więcej niż 5-10% swoich pierwotnych inwestycji, zamiast przewidywanych 21%. Bierze się to z różnicy między aktualną wartością greckich obligacji a ich wartością nominalną, ustaloną w chwili emisji. Niemniej „eksperci mają coraz większe wątpliwości co do tego, czy przewidywany udział banków w ratowaniu Grecji rzeczywiście zmniejszy jej zadłużenie”, odnotowuje gazeta. I dodaje spostrzeżenie, iż sam szef Europejskiego Funduszu Stabilizacji, Klaus Regling, nie sądzi, by mechanizm się sprawdzał, raczej „nie działa”. Chodziło li tylko o to, by zyskać na czasie. „Kraje muszą wypełnić swoje zobowiązania. Udało się to w Portugalii i w Irlandii, w Grecji jeszcze nie”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?