„Trzeba rozpocząć debatę nad ryzykiem, jakie niesie ze sobą dla ludzi i społeczeństw strategia walki z pandemią. Powinna jej przyświecać troska o przestrzeganie zasad demokracji w zarządzaniu tym kryzysem”. Tak brzmi apel ogłoszony na pierwszej stronie Libération przez dziesiątki francuskich polityków, związkowców, naukowców, lekarzy i szefów organizacji pozarządowych (Lekarze bez granic, Lekarze świata, Stowarzyszenie do walki z AIDS). W razie pandemii „zagrożenie dla zdrowia mogłoby się przerodzić w zagrożenie dla swobód obywatelskich”, podkreśla francuski dziennik, który ujawnia, że oprócz decyzji podejmowanych samodzielnie przez merów i szefów przedsiębiorstw, rząd przygotowuje specjalne rozporządzenia dotyczące więzień: przedłużenie okresu aresztu domowego oraz nakaz procesu za zamkniętymi drzwiami. Przedmiotem krytyki jest także to, że debata na ten temat toczy się jedynie wśród ekspertów i polityków, obywateli i partnerów społecznych całkowicie się pomija.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?