Belgijski minister ds. budżetu Guy Vanhengel wywołał poruszenie we własnym kraju, gdy powiedział gazecie De Standaard, że „jeśli patrzeć na Belgię tak jak na przedsiębiorstwo, to jest ona potencjalnym bankrutem”. Le Soir, który zastanawia się na pierwszej stronie, jaki jest rzeczywisty stan „S.A. Belgia”, pisze, że „są to słowa, które wywołują przerażenie i popłoch”. I dodaje: „Uruchamiając dzwonek alarmowy i tym samym igrając z opinią kraju”, liberalny minister chciał zapewne powiedzieć mniej więcej tyle: „Domagamy się od państwa cięć w 20 proc. jego całkowitych wydatków, zaś żeby to osiągnąć, potrzeba prawdziwej rewolucji budżetowej”. Belgia wykazuje 25 miliardów euro deficytu, a partie centrowe i lewicowe oskarżają już Fanhengela o to, że szykuje się do oszczędzania na ochronie zdrowia i służbach publicznych.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?