„David Cameron podejmuje starania, aby 'rozwodnić' nowe unijne prawo pracy”, obwieszcza Daily Telegraph. Gazeta ujawnia, że brytyjski premier może chcieć osłabić „kontrowersyjną” dyrektywę, która ma wejść w życie 1 października i dotyczyć pracowników zatrudnionych na podstawie umów okresowych. Dyrektywa przyznaje im, pod warunkiem że przepracowali 12 tygodni, takie same prawa do pensji, urlopów wypoczynkowych i macierzyńskim jak pracownikom mającym pełny etat. Może to kosztować brytyjskich przedsiębiorców „prawie 2 miliardy funtów (ok.2,27 mld euro) rocznie”, wyjaśnia londyński dziennik, i „zdławić słabe ożywienie brytyjskiej gospodarki”. Doradcy premiera debatują już nad ewentualnością usunięcia niektórych przepisów dodanych w czasie wdrażania dyrektywy do brytyjskiego systemu prawnego. Jedną z opcji jest taktyka „Armagedonu” polegająca na odmowie przyjęcia nowych regulacji, co z kolei może spowodować nałożenie przez UE na rząd Zjednoczonego Królestwa grzywny sięgającej wielu milionów funtów.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?