„Trójka” (UE-MFW-EBC) 2 września pośpiesznie wyjechała. Grecja nie spełnia warunków dotyczących przyznania pomocy międzynarodowej. A tymczasem, pisze w swojej anglojęzycznej wersji Kathimerini, „rząd upiera się, że zachowuje kontrolę”. Według dziennika „kłamstwa się skończyły. Premier Jeorjos Papandreu musi dokonać wyboru między dżumą a cholerą”, to znaczy „pomiędzy czerwoną kartką pokazaną przez wierzycieli Grecji” a „starą gwardią PASOK” – partii socjalistycznej, której jest liderem.
„UE i MFW domagają się jasnego sygnału pokazującego, że Grecja robi wszystko, co w jej mocy, aby ciąć wydatki, i nie może to oznaczać mniej niż masowe zwolnienia w sektorze publicznym”, zauważa gazeta, w ocenie której taka polityka „mogłaby przypieczętować koniec rządów” Papandreu.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?