Opublikowane na pierwszej stronie Irish Independent wyniki sondażu, według którego poparcie Irlandczyków dla traktatu lizbońskiego spadło z rekordowo wysokich 54 procent w środku lata do 46 procent, z pewnością wywołają w Brukseli niepokój i nerwowe pochrząkiwania. Wysoce niepopularnej partii rządzącej, Fianna Fail, prowadzącej na rzecz traktatu kampanię, którą większość uznaje za w najlepszym razie letnią, nie pocieszy zapewne fakt, że tylko 29 procent respondentów twierdzi, że na pewno głosować będzie przeciw traktatowi. Pozostaje jednak faktem, że aż co czwarty Irlandczyk nie ma jeszcze zdania, co zrobi podczas zaplanowanego na 2 października referendum. Po odrzuceniu traktatu przez społeczeństwo irlandzkie rok temu, wprowadzono tam zapisy mające je nakłonić do głosowania na tak, gwarantujące Irlandii fotel w Komisji Europejskiej, neutralność militarną czy prawo do restrykcyjnych regulacji w kwestii aborcji. Pat Cox, były przewodniczący Parlamentu Europejskiego, skomentował wyniki sondażu, mówiąc, że pokazują one, iż „pozostało jeszcze wiele do zrobienia”. I trudno sądzić, by przesadzał.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?