Ryanair, największa europejska tania linia lotnicza, zamierza przeznaczyć pół miliona euro, aby zachęcić Irlandczyków do głosowania – w referendum zaplanowanym na 2 października br. – za traktatem lizbońskim, informuje Gazeta Wyborcza. Rok temu 54 procent mieszkańców Zielonej Wyspy było mu przeciwnych, dziś mniej więcej tyle samo deklaruje dla niego swoje poparcie. Mimo że kampanię na „tak” prowadzi w imieniu irlandzkiego rządu były przewodniczący Parlamentu Europejskiego Pat Cox, polityk popularny, komentatorzy nazywają ją „ospałą” i boją się o wynik głosowania.
„Nie ufam naszym politykom. Są niekompetentni, bez pomocy tego referendum nie wygrają. A wówczas Irlandia zaprzepaści swoją przyszłość”, mówi dyrektor Ryanair Michael O’Leary. Podkreśla, że oprócz 200 tys. euro, jakie zamierza wydać na plakaty nawołujące do głosowania na „tak”, planuje również przeznaczyć kolejne 300 tys. euro na specjalne obniżki cen biletów. To ma pokazać zwykłym ludziom, że i oni mogą korzystać z dobrodziejstw Unii Europejskiej. „Do tej pory europejskie firmy wspierały polityków, dorzucając się po cichu do ich kampanii wyborczej. Żaden wielki koncern nie stawał po stronie Europy z otwartą przyłbicą. Dobrze, że Ryanair przypomina Irlandczykom, że korzystali i będą korzystać z członkostwa w UE”, uważa Cornelius Ochmann, ekspert niemieckiej Fundacji Bertelsmanna.
Rozbuchany sektor publiczny, wszechmocne związki zawodowe, polityka klientelistyczna… Greccy przedsiębiorcy, którzy sami nie są całkiem bez winy, mają do władz rozliczne pretensje, lista tych pretensji nie ma końca. Ale w wyniku delokalizacji firm, zaniedbania badań naukowych i ucieczki przed podatkami to oni mogą ucierpieć jako pierwsi w razie wyjścia Grecji ze strefy euro.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.