„Alarm dla euro”, głosi tytuł w dzienniku La Vanguardia. Dzień wcześniej, podczas konferencji prasowej, prezes Europejskiego Banku Centralnego (EBC), Jean Claude-Trichet, starał się uspokoić rynki i określił ostatnie spadki jako „mylące”. Wobec „braku zdecydowania i jednomyślności” w samym EBC w kwestii masowego wykupu papierów dłużnych Hiszpanii i Włoch, czyli krajów, na których skupia się zainteresowanie spekulantów, rynki zareagowały negatywnie, powodując kolejne załamanie na europejskich giełdach. Według barcelońskiego dziennika, Trichet zwrócił jednak uwagę na „podstawowy problem: zarządzanie walutą euro wymaga bardziej sprężystego i efektywnego systemu politycznego i instytucjonalnego”. La Vanguardia potępia opóźnienie siedemnastu parlamentów krajów eurolandu w przyjęciu uzgodnień ostatniego szczytu UE, co pozostawiło EBC w „osamotnieniu wobec niebezpieczeństwa”. Rezultat tych „instytucjonalnych przepychanek może już spowodował poważne konsekwencje gospodarcze”, dodaje dziennik, według którego „w celu podjęcia kontroli w tym niebezpiecznym klimacie nieufności UE powinna reagować natychmiast, gdyż euro znowu znajduje się w impasie”.
Rozbuchany sektor publiczny, wszechmocne związki zawodowe, polityka klientelistyczna… Greccy przedsiębiorcy, którzy sami nie są całkiem bez winy, mają do władz rozliczne pretensje, lista tych pretensji nie ma końca. Ale w wyniku delokalizacji firm, zaniedbania badań naukowych i ucieczki przed podatkami to oni mogą ucierpieć jako pierwsi w razie wyjścia Grecji ze strefy euro.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.