„Koniec greckiego mitu”, wybija na pierwszej stronie Gazeta Wyborcza, podsumowując wczorajszy nadzwyczajny szczyt strefy euro. „[Europejscy] przywódcy postanowili zreformować euroland, by rynki wierzyły im, a nie agencjom ratingowym”, informuje dziennik, w komentarzu zaś konstatuje z satysfakcją, że „Europa zaczyna działać”. Cieszy zwłaszcza to, że „po raz pierwszy przywódcy europejscy postanowili wyprzedzić rozwój wypadków” i opracowali plan, który może kryzys grecki zakończyć. Ale jest coś ważniejszego od szczegółów samego planu, otóż stwarza on szanse na powstrzymanie „zarazy zadłużenia” zagrażającej kolejnym krajom i zażegnanie groźby pogrążenia się chaosie całego obszaru wspólnego pieniądza. Kryzys grecki, zauważa Gazeta, jest bolesną lekcją dla całej Europy. „W gospodarce nie ma cudów. Kto żyje na koszt innych, wcześniej czy później będzie musiał zacisnąć pasa. A to nigdy nie jest przyjemne, nawet jeśli pas opina pokaźny brzuszek”, konkluduje warszawski dziennik.
Rozbuchany sektor publiczny, wszechmocne związki zawodowe, polityka klientelistyczna… Greccy przedsiębiorcy, którzy sami nie są całkiem bez winy, mają do władz rozliczne pretensje, lista tych pretensji nie ma końca. Ale w wyniku delokalizacji firm, zaniedbania badań naukowych i ucieczki przed podatkami to oni mogą ucierpieć jako pierwsi w razie wyjścia Grecji ze strefy euro.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.