Pomimo wszelkich środków wprowadzanych od 10 lat „bandy z Europy wschodniej są trudne do opanowania”, obwieszcza De Standaard. Tak podczas konferencji prasowej z 25 maja stwierdziła belgijska policja federalna. Gangi te składają się przede wszystkim z „Romów w większości pochodzących z Rumunii”. Stróże prawa wyjaśniają, że trudności w wypełnianiu ich misji biorą się z mobilności złodziei, którzy „przybywają do [naszego] kraju na kilka dni czy miesięcy, a potem wracają na wschód”. Przyczyną niepowodzeń jest także brak odpowiednio surowych kar. Sprawy nie ułatwia liczba gangów niepodlegających żadnej organizacji nadrzędnej. I wreszcie to, że w swojej „działalności” grupy przestępcze wykorzystują nieletnich, a ci „ze względu na niewielki wzrost mogą bez trudu wślizgiwać do domów; jeśli zaś zostaną zaaresztowani, nie ryzykują, że poniosą poważne konsekwencje, dlatego że są zbyt młodzi”. Komentator dziennika podkreśla, że kraje pochodzenia tych złodziei, jako że należą do Unii, powinny współpracować w walce z łamaniem prawa. Przestępcy, o których mowa, podważają reputację w pełni legalnie pracujących w Belgii wschodnich Europejczyków, wyraża opinię gazeta.
Rozbuchany sektor publiczny, wszechmocne związki zawodowe, polityka klientelistyczna… Greccy przedsiębiorcy, którzy sami nie są całkiem bez winy, mają do władz rozliczne pretensje, lista tych pretensji nie ma końca. Ale w wyniku delokalizacji firm, zaniedbania badań naukowych i ucieczki przed podatkami to oni mogą ucierpieć jako pierwsi w razie wyjścia Grecji ze strefy euro.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.