„Igrają z ogniem”, ostrzega Ta Nea. Artykuł tak właśnie zatytułowany mówi o hiszpańskim ruchu „oburzonych”, który to ruch i w Grecji znajduje naśladowców – 25 maja tysiące młodych demonstrantów wyszło na ulice głównych miast kraju. W Atenach trzydziestotysięczny tłum zgromadzony przed gmachem parlamentu skandował: „złodzieje, złodzieje!”, co było skierowane do parlamentarzystów, którzy od roku wprowadzają oszczędności budżetowe. Manifestacje przebiegały „bez incydentów, w wyjątkowym spokoju i trwały do czwartej nad ranem”, informuje stołeczny dziennik, by wyrazić opinię, że „protesty przedłużą się do dzisiaj [26 maja], gdyż Grecy są niezadowoleni rygorystycznej polityki, którą się wprowadza. Istnieje ryzyko, że jest to zaledwie początek długotrwałego ruchu protestu”, przewiduje Ta Nea.
Rozbuchany sektor publiczny, wszechmocne związki zawodowe, polityka klientelistyczna… Greccy przedsiębiorcy, którzy sami nie są całkiem bez winy, mają do władz rozliczne pretensje, lista tych pretensji nie ma końca. Ale w wyniku delokalizacji firm, zaniedbania badań naukowych i ucieczki przed podatkami to oni mogą ucierpieć jako pierwsi w razie wyjścia Grecji ze strefy euro.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.