Niemcy zaczynają mieć wątpliwości co do udziału w planach ratowania strefy euro. „Zakres zaangażowania trudny do przewidzenia”, tytuł artykułu w Handelsblatt jest cytatem z raportu ekspertów Bundestagu. Dziennik gospodarczy informuje, że to sprawozdanie przygotowane przez prawników niemieckiego parlamentu ostrzega przed ukrytymi kosztami Europejskiego Mechanizmu Stabilności (EMS), który ma być wprowadzony w życie w 2013 r. Te fundusze, sięgające 500 miliardów euro, będą zasilane przez członków Unii, którzy zapewnią także gwarancje finansowe w przypadku problemów z wypłacalnością niektórych uczestniczących w całej operacji państw. Poprzez te gwarancje, zauważają specjaliści, „uruchamia się proces mogący spowodować ponadprzewidywalne wydatki, wobec których parlament będzie bezradny”. Może to doprowadzić do zagrożenia stabilności monetarnej, wnioskuje Handelsblatt, jak też wejścia w kolizję z niemiecką konstytucją. Aby zapobiec temu ryzyku, informuje też dziennik, Urząd ds. Wydatków Publicznych zaproponował parlamentarzystom, aby z góry ustalić pułap niemieckich wkładów do EMS.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?