Stało się, Bułgaria jest nareszcie „jedną nogą” w obszarze swobodnego przepływu osób regulowanego porozumieniem z Schengen, pisze w tytule Monitor, który podobnie jak cała bułgarska prasa, z entuzjazmem przekazuje wnioski grupy roboczej przy Radzie Europejskiej. „Bułgaria jest gotowa do Schengen”, próbuje go przelicytować inny dziennik – Trud, który na swoich łamach cytuje ambasadora bułgarskiego przy Unii Europejskiej Boiko Kotseva, wyrażającego pogląd, że jego kraj jest „technicznie w pełni przygotowany”, aby zadbać o zewnętrzne granice Wspólnoty. Tego samego zdania, w jego mniemaniu, są członkowie grupy roboczej wydelegowani przez UE do oceny stopnia przygotowania Bułgarii i Rumunii. Dziennik precyzuje, iż wciąż pozostaje do pokonania „przeszkoda natury politycznej”, to znaczy sprzeciw Francji, Niemiec, Holandii, Finlandii i Belgii wobec włączenia Bułgarii do Schengen. A decyzja taka musi być podjęta jednogłośnie. „Prawdopodobnie do czerwca”, twierdzą pytani przez Trud dyplomaci z Brukseli.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?