Tunezja, wyzwolona spod reżimu Zina el Abdinina ben Alego i podążająca ku demokracji, powinna przystąpić do Unii Europejskiej, sugeruje na łamach Liberation grupa francuskich i tunezyjskich intelektualistów. Kraj znajduje się „w okresie przejściowym”, podobnie jak swego czasu Grecja, Portugalia, Hiszpania czy też państwa komunistyczne, i
„jest bardziej europejski niż niejeden członek UE. Chociażby dlatego, że 75 proc. wymiany handlowej odbywa się z Europą, Tunezja ma wiele wspólnych z nią doświadczeń historycznych, tradycji kulturalnych, standardów i obywateli (mowa tu o diasporze, żyjącej w rozmaity sposób na obu brzegach). Jest to mały kraj, o niewielkim zróżnicowaniu poziomu zamożności w zależności od położenia geograficznego (nie można go nawet porównywać ze wschodnią częścią Turcji, której skrajna bieda będzie wymagała dość istotnych funduszy strukturalnych, jeśli Ankara wejdzie do Unii); PKB na mieszkańca wynosi tyle samo co w Turcji. Stabilizacja makroekonomiczna panująca tam do grudnia, jest znakiem, że Tunezja umiała wykorzystać pozytywne strony rygorów wymuszonych umową o stowarzyszeniu z UE. To pozwala sądzić, że perspektywa przystąpienia do Unii przyspieszy reformy, podobnie jak ma to miejsce nad Bosforem. Wreszcie, silne poczucie wspólnoty narodowej, na ogół dość wysokie kwalifikacje, niemała klasa średnia".
Unia też mogłaby czerpać korzyści z członkostwa Tunezji, gdyż pozwoliłoby to jej na nawiązanie nowych stosunków między Północą i Południem i „stymulowałoby przeobrażenia w innych krajach arabskich, hamując apetyty wobec Maghrebu Stanów Zjednoczonych, czy też mocarstw azjatyckich”, kończy autor.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?