„Premie banków nie pasują już do naszych czasów”, pisze w tytule artykułu De Morgen. Decyzja gigantów KBC i Dexia o przyznaniu członkom ich kierownictwa kolejnych premii „mocno zirytowała” mniejsze od nich belgijskie banki. Uważają one to posunięcie za „nieostrożne i niebezpiecznie podkopujące zaufanie klientów do [całego tego] sektora”, który „ledwie się otrząsnął po przejściach związanych z kryzysem finansowym”. De Morgen odnotowuje, że temat pojawił się w ubiegłym tygodniu w Holandii, kiedy to ING ogłosił podwojenie wysokości rocznych gratyfikacji dla głównych członków kierownictwa, które miały sięgać od 600 000 do 1,2 miliona euro, po czym wycofał się z tej decyzji pod naciskiem rozjuszonych klientów i rządu. KBC i Dexia, które podobnie jak ING skorzystały podczas kryzysu z pomocy państwa i nie spłaciły jeszcze swoich długów, nie zamierzają pójść w jego ślady. Premie, jak się tam uważa, są niezbędne do „zatrzymania najzdolniejszych ludzi z kierownictwa”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?