Gerry Adams, przywódca największej północnoirlandzkiej partii nacjonalistycznej Sinn Féin, wraca do pomysłu ponownego zjednoczenia Irlandii. Przemawiając w tym tygodniu w Pałacu Westminsterskim, Adams przekonywał między innymi, że choć północnoirlandzcy unioniści to mniej niż 2 proc. ludności Wielkiej Brytanii i choć pozostają bez „jakiegokolwiek znaczącego prawa głosu we własnych sprawach”, to w nowej Irlandii byliby w stanie „sprawować realną władzę polityczną”, bo byłoby ich tam 20 proc. całej populacji.
Jak można się było spodziewać, ta argumentacja nie znalazła zbytniego zrozumienia. Były członek IRA Davy Adams argumentował, że inicjatywa Sinn Féin „będzie utrzymywać unionistów w stanie ciągłego niepokoju”, a więc obudzi widmo powrotu trzydziestoletniego konfliktu („The Troubles”), oficjalnie zawieszonego po porozumieniu wielkopiątkowym z 1998 r. Prawda jest taka, odpowiada mu na łamach Irish Times Gerry Adams, że północnoirlandzcy unioniści „zostali opuszczeni przez wielkich i możnych tego świata”. Daleka od sekciarstwa Sinn Féin „robi, co w jej mocy, żeby współdziałać z mieszkańcami protestanckich dzielnic”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?