Bruksela przygotowuje się na szczyt „pod wysokim napięciem”, pisze Le Soir w przeddzień Rady Europejskiej przewidzianej na 24 i 25 marca. Kilka belgijskich związków zawodowych a także ich Europejska Konfederacja zorganizowały – mają się odbyć w czwartek – manifestacje przeciwko restrykcjom budżetowym, z których najważniejsza będzie „podążać w kierunku dzielnicy europejskiej”, czyli tam, gdzie odbywa się spotkanie Rady. „To normalne”, pisze dziennik. „Akcja ta została zaplanowana po to, aby zaprotestować przeciwko skłonnościom przywódców europejskich do naruszania naszych zdobyczy socjalnych, między innymi automatycznej indeksacji pensji, nietykalnej w Belgii”. Le Soir zapowiada, że „miasto będzie całkowicie zablokowane”. A zdaniem gazety „spodziewane są zamieszki wszczynane przez niektóre grupy socjalistycznych związków zawodowych, nad którymi ich przywódcy – tak przynajmniej twierdzą – ‘stracili kontrolę’”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?