„Poważne ostrzeżenie dla partii Nicolasa Sarkozy’ego”, pisze w tytule La Tribune po znacznym spadku poparcia dla UMP w pierwszej turze wyborów kantonalnych we Francji, w których połowa wyborców miała oddać głos na lokalnych radnych. Na czoło wysuwa się Partia Socjalistyczna z 25% głosów, ale na uwagę zasługuje zwłaszcza gwałtowny wzrost popularności Frontu Narodowego. Ta skrajnie prawicowa partia pod przywództwem Marine Le Pen depcze po piętach UMP z 15% poparciem. „Fala Marine zalewa Francję”, zauważa dziennik gospodarczy, chociaż zarazem podkreśla, że frekwencja (54%) „jest najniższa, jaką kiedykolwiek odnotowano w wyborach kantonalnych”. W razie pojedynku między lewicą i Frontem Narodowym w drugiej turze, 27 marca, UMP „daje [swoim wyborcom] wolną rękę”, odmawiając głosowania i na FN, i na „front republikański”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?