„Ook dat nog”, „A to nowina!”. 9 lipca koalicja, szykująca się do objęcia władzy we Flandrii, opublikowała program, który budzi on niepokój dziennika Le Soir. Chadecy, narodowcy i socjaliści, którzy sprzymierzyli się po wyborach regionalnych z 7 czerwca, postanowili przyznać dodatki do zasiłków rodzinnych i podnieść wysokość wyprawek szkolnych jedynie dla flamandzkich dzieci. „W wolnym tłumaczeniu: mały Jan będzie miał lepszy start w życie niż mały Jean” – pisze francuskojęzyczna brukselska gazeta. „Zachowanie flamandzkich przywódców jest nie tylko przykre dla ludności francuskojęzycznej. Jest też wyrazem braku szacunku dla Flamandów. Bo Flandria pozwala sobie na te nierozważne i dokuczliwe wydatki w czasie, gdy sama ma duże trudności budżetowe. Tak więc to flamandzkie rodziny zapłacą za to wspólnotowe błazeństwo” – ubolewa Le Soir.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?