Lekcje seksu obowiązkowe, obwieszcza tytuł na pierwszej stronie Gazety Wyborczej. Dziennik przytacza wyniki sondażu Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych, z którego wynika, że prowadzone w szkołach fakultatywne zajęcia z wychowania do życia w rodzinie, cieszą się dużą popularnością zarówno wśród młodzieży, jak i rodziców. Aż 81% ankietowanych uczniów przyznało, że jeśli „seks” jest (a jest w 70% gimnazjów), to chętnie nań chodzą. Jeszcze więcej rodziców (83%) twierdzi, że te lekcje są bardzo potrzebne, a wielu uważa, że powinny być obowiązkowe. Dlaczego? „Bo sami nie potrafią o tym rozmawiać z dziećmi i mają nadzieję, że szkoła zrobi to za nich”, wyjaśnia warszawski dziennik. Z niedawnych badań wynika, że w Polsce uprawiało już seks 12% dzieci w wieku 12–15 lat i co trzeci 16- i 17-latek. Seksuolodzy alarmują, że polskie nastolatki coraz częściej zapadają na choroby przenoszone drogą płciową i dlatego byłoby dobrze, gdyby edukacja seksualna była w szkole obowiązkowa. „Uczymy dzieci, jak przechodzić przez ulicę, tak samo powinniśmy uczyć, jak sobie radzić z seksem”, przekonują.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?