„Europejscy przywódcy skłaniają się ku poparciu reformę funduszu pomocowego”, pisze dziś na pierwszej stronie Financial Times. Przywódcy państw strefy euro chcą, by mechanizm stabilizacji finansowej, dziś wart 440 miliardów euro, dysponował większą ilością środków służących pomaganiu krajom nękanym przez recesję, informuje dziennik. I zdradza proponowane zmiany w przepisach, do których dotarł – zakładają, że fundusz mógłby skupować obligacje na wolnym rynku. Jednak szczegóły nowych rozwiązań poznamy dopiero w przyszłym miesiącu. Dotychczas Niemcy, którzy musieliby pokryć większą część rachunku, niechętni byli kupowaniu rządowych obligacji w celu ulżenia państwom zmagającym się z długiem. Te nowe postanowienia zakładają też większą współpracę państw strefy euro w zakresie polityki podatkowej, emerytur i przepisów o zadłużeniu, pisze Financial Times. Ale też podkreśla, że projekt nie zobowiązuje państw do uczestnictwa w forsowanym przez Angelę Merkel „pakcie na rzecz konkurencyjności”, który miałby wzmocnić koordynację polityki gospodarczej i społecznej w strefie euro.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?