„Presja na śledztwo w sprawie tajnego agenta-ekologa”, donosi na pierwszej stronie dzisiejszy Guardian, odnosząc się do sprawy, która wyszła na jaw dwa dni temu. Otóż okazało się, że oficer londyńskiej policji Mark Kennedy był przez lata – od 2003 do 2010 r. – głęboko zakonspirowanym agentem w szeregach radykalnych ekologów. Udający ekologa i alterglobalistę funkcjonariusz „z fałszywym paszportem odwiedził dwadzieścia dwa kraje, zdobył zaufanie innych aktywistów, a informacje przekazywał swym przełożonym”. Potem jednak „nawrócił” się i ujawnił swą prawdziwą tożsamość, by pomóc uwolnić sześcioro ekologów oskarżonych o spisek mający na celu wdarcie się na teren elektrowni niedaleko Nottingham. Scotland Yard znalazł się pod presją. „Po tym, jak jedna z aktywistek stwierdziła, że czuje się wykorzystana” jest pytany o to, czy „upoważnił tajnego agenta do nawiązywania romansów”, pisze Guardian.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?