Libération prezentuje „Francuskie sieci Gbagbo”. Dziennik wylicza siedem „rodzin” chroniących polityka, który pomimo uznanego przez wspólnotę międzynarodową wyborczego zwycięstwa Alassane’a Ouattary wciąż mieni się iworyjskim prezydentem, jest nim dla socjalistycznych dinozaurów (z pokolenia F. Mitteranda), suwerenistów, „goryli” (ekspertów w sprawach bezpieczeństwa), specjalistów w dziedzinie marketingu, biznesmenów, lobbystów i adwokatów. „Wiadomo, że samo pojęcie Françafrique (sieci powiązań politycznych, gospodarczych, wojskowych, dyplomatycznych łączących Francję z jej dawnymi afrykańskimi koloniami) zostało ukute przez Félixa Houphouët-Boigny’ego blisko sześćdziesiąt lat temu właśnie w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Obecnie paradoks sytuacji Laurenta Gbabgo polega na utrzymywaniu przezeń wyjątkowo podejrzanych więzi z grupą Francuzów, skupionych wokół jego prezydenckiego zaścianka, przy jednoczesnym graniu kartą maksymalnie wzmożonego i niebezpiecznego nacjonalizmu”, ogłasza Libération. „Ten dwór podtrzymuje u Gbagbo iluzję, że może on utrzymać się u władzy bez względu na cenę, jaką zapłaci kraj i jego mieszkańcy”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?