Z początkiem tego roku Estonia stała się siedemnastym krajem strefy euro. „Przejście na europejską walutę nie zmieni jakoś zasadniczo życia Estończyków, ale trzeba się będzie nauczyć, ile taki czy inny towar w tych pieniądzach kosztuje”, takie proste wyjaśnienie dał Postimees. „Przez jakiś czas ludzie będą prawdopodobnie ostrożniej dokonywać wydatków i uważniej liczyć, żeby się przekonać, czy cena w euro odpowiada cenie w estońskich koronach. Doświadczenie uczy, że ceny bywają w takich sytuacjach trochę zanadto ‘zaokrąglone’”.
„Dzięki wejściu kraju do strefy euro Estończycy nie muszą się już przynajmniej bać dewaluacji, której groźba była jeszcze rok temu całkiem realna”, dodaje dziennik. Niebo nad eurolandem nie było w ostatnich latach bezchmurne. Kryzys ujawnił brak dyscypliny finansowej w kilku państwach. Pesymiści mówią nawet o możliwym rozpadzie strefy.
„Wszystko to skłania nas do zadania sobie pytania, dlaczego Estonia czyniła tyle starań, by dostać się na statek, który lada chwila zatonie”, zauważa Postimees. „Otóż jeśli strefa euro miałaby się rozpaść, katastrofa byłaby tak ogromna, że byłoby już bez znaczenia, czy jest się w środku czy na zewnątrz”.
A tymczasem Edin Mujagic z holenderskiego uniwersytetu w Tilburgu orzeka na łamach De Volkskrant – „Mała Estonia wzmocni euro”. Wprawdzie republika bałtycka nie jest gospodarczą superpotęgą, ale jest „cudem” w sferze finansów publicznych, zapewnia ekonomista. Jej dług publiczny wynosi 7%, czyli jest o wiele niższy niż dług silnych gospodarek strefy euro.
W gruncie rzeczy wejście Estonii do strefy jednolitej waluty to dobra wiadomość dla Niemiec, Holandii i Finlandii. Dla krajów tych, przypisujących sobie wszelkie cnoty, pojawienie się we władzach Europejskiego Banku Centralnego kraju, „który dba o kondycję finansów publicznych, nie chce finansować długu poprzez zakup obligacji państwowych i uznaje za priorytet panowanie nad inflacją, to nie jest zła droga rozwoju”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?