„Pora kończyć”, pisze w tytule De Morgen. To słowa szefa Nowego Sojuszu Flamandzkiego (N-VA) Barta De Wevera. Ten lider flamandzkich nacjonalistów uważa, iż po sześciu miesiącach negocjacji nadszedł wreszcie czas, aby Belgia znów miała rząd. Wygłoszenie tych słów ma być sposobem na uciszenie kontrowersji wokół wywiadu, którego udzielił niemieckiemu tygodnikowi Der Spiegel. Mówił tam między innymi, że „Belgia jest chorym człowiekiem Europy”. W obliczu mnożących się pogłosek, jakoby kraj ten z uwagi na swój deficyt miał zagrażać stabilności euro, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, o czym donosi De Morgen, pośpieszył uspokoić sytuację – „Belgia nie jest chorym krajem Europy”. Ale też nakłania rządowych negocjatorów, aby zabrali się z powrotem do pracy, bo „kraj powinien ujrzeć wreszcie nowy rząd, który będzie mógł skupić się na problemach i wyzwaniach gospodarczych”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?