„Wotum zaufania zawisło na siedmiu głosach”, taki tytuł daje Corriere della Sera. Właśnie w parlamencie decyduje się przyszłość Silvio Berlusconiego. 14 grudnia Senat ma wrazić stanowisko w sprawie wniosku o wotum zaufania złożonego przez rząd, Izba Deputowanych zaś ma się zająć wotum nieufności zgłoszonym przez opozycję, a podpisanym także przez Gianfranco Finiego, przewodniczącego Izby i byłego sojusznika Il Cavaliere. O ile pierwsze z tych głosowań nie powinno nastręczać problemów, bo Berlusconi ma komfortową większość, o tyle nie jest już takie pewne, że poprze go także wymagana liczba 316 deputowanych. Chociaż, jak wyjaśnia Corriere, włoski premier rozpoczął szaloną kampanię, aby pozyskać – czy też zdaniem niektórych skorumpować – deputowanych niezależnych albo zasiadających w ławach opozycji. Aby upewnić się, że tychże nie zabraknie podczas głosowania, poproszono ich o przyjazd już „o świcie”, żeby przypadkiem nie utknęli gdzieś w mieście, bo akurat tego dnia manifestanci mogą sparaliżować Rzym.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?