„Uciekł na oczach wszystkich”, tak tytułuje swój artykuł Vecernji List, pisząc o Ivo Sanaderze, który wyjechał z kraju 9 grudnia, zaraz po tym, jak zagrzebska prokuratura zażądała uchylenia przysługującego mu immunitetu poselskiego. Dziś toczy się śledztwo przeciwko temu byłemu konserwatywnemu premierowi, który „zbudował piramidę władzy opartą na klientelizmie i korupcji”, zauważa dziennik. A dalej przypomina polityczną drogę Sanadera – „od Faraona do Mefisto” – człowieka schowanego za maską chadeka euroentuzjasty, poruszającego się swobodnie po wysokich europejskich urzędach, w rzeczywistości niemal despoty. „Skupił całą władzę wykonawczą w swoich rękach i rządził przy pomocy nieformalnego gabinetu złożonego z bliskich współpracowników z partii rządzącej HDZ lub zaufanych przyjaciół”, pisze oburzony dziennik.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?