„Ostatnia bitwa. Jak Europa niszczy swoją walutę”, Der Spiegel kreśli na okładce ponury obraz przyszłości kontynentu. „Rządy decydują się na ratowanie jednego kraju za drugim, ale kryzysu nie udaje im się opanować”. Europejscy przywódcy wydają się „ograniczeni, poróżnieni i nienadążający”, przez co krach finansowy może być dużo gorszy niż ten, u którego początku był upadek banku Lehman Brothers w 2008 r. Jako że wyciąganie państw z tarapatów w nieskończoność już niewiele daje, eurogrupa bierze pod uwagę dwie możliwości – albo ogólne gwarancje dla obligacji rządowych ustanowione przez wszystkie kraje strefy euro, który to pomysł zyskuje uznanie w Niemczech, albo utworzenie „euroobligacji” emitowanych przez wszystkie kraje (a to tworzyłoby „gwarancję wspólnotową” z takim samym oprocentowaniem dla całej strefy euro), za czym opowiadają się Włochy i przewodniczący eurogrupy Jean-Claude Juncker. W każdym przypadku Niemcy będą musiały zapłacić za błędy przeszłości. A według Der Spiegela nikt nie wie, czy społeczeństwo to zaakceptuje.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?