Oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji w Portugalii przekroczyło próg siedmiu procent, pisze dziennik i. To najwyższy poziom od czasu wprowadzenia euro. Jeszcze niedawno minister finansów twierdził, że gdy do tego dojdzie, dofinansowanie z Międzynarodowego Funduszu Walutowego będzie nieuniknione. Ale minister gospodarki Vieira da Silva zapewnił parlamentarzystów, że „nie istnieje magiczna cyfra, która sprawi, że będziemy rozważać interwencję z zewnątrz”, pisze Diário Económico. Ten dziennik finansowy pisze, że zaniepokojeni Portugalczycy będą teraz próbowali sprzedać dług wartości 750–1250 milionów euro. W pewnym momencie przestanie on być – jak zgodnie oceniają eksperci – skupowany przez Europejski Bank Centralny, który nie będzie w ten sposób dalej pomagać nękanemu kryzysem krajowi. „W pierwszym półroczu [przyszłego roku] Portugalia będzie musiała poradzić sobie jakoś z długiem wynoszącym 25 miliardów euro. Jeśli nie znajdzie się inwestor, EBC nie będzie sobie mógł pozwolić na wzięcie wszystkiego na siebie”, mówi gazecie jeden z ekonomistów.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?