Europosłowie, którzy spotkali się 20 października, by głosować nad budżetem, zgodzili się co do jednego – należy zrewidować finansowanie unijnych instytucji. To „niemal [temat] tabu wśród krajów członkowskich – nikt go nie poruszał od szczytu w Fontainebleau w 1984 r., kiedy to premier Margaret Thatcher udało się uzyskać dla Wielkiej Brytanii niższą składkę”, piszą Les Echos.
Deputowani domagają się nowych, odpowiednich źródeł finansowania i grożą krajom członkowskim, że nie przegłosują budżetu Wspólnoty na 2011 r., jeśli nie rozpocznie się na ten temat dyskusja. Zdaniem Parlamentu Europejskiego nie można w nieskończoność dokładać Unii zadań (klimat, energia, program kosmiczny, tworzenie rozbudowanej służby działań zewnętrznych, walka z ubóstwem…), nie wykładając na to ani jednego dodatkowego grosza. Posłowie krytykują zwłaszcza obniżenie kwoty pochodzącej z opłat celnych spowodowane „liberalizacją wymiany handlowej”, pisze dalej dziennik i relacjonuje, że parlamentarzyści mówią, skąd brać pieniądze – w szczególności z europejskiego VAT czy europejskiego podatku od zysków przedsiębiorstw.
„Na reakcję unijnych stolic nie trzeba było długo czekać”, podsumowują Les Echos: „nie ma mowy. Żadnych nowych podatków – odpowiedział natychmiast Londyn”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?