Nagłówek dzisiejszego De Morgen – podany w wersji flamandzkiej i francuskiej – brzmi po prostu: „Nic”. Sto czternaście dni po wyborach parlamentarnych Bart De Wever odszedł od stołu rokowań. To lider flamandzkiej partii nacjonalistycznej N-VA, która obawia się, że w„przyszłym lewicowym gabinecie może jej grozić marginalizacja”, to przyczyna, jak sądzi flamandzki dziennik, załamania się rozmów koalicyjnych prowadzonych sześcioma innymi partiami. „Zaledwie godzinę po ogłoszeniu przez Opla, że zamyka fabrykę w Antwerpii (…) cała uwaga mediów skierowana już była na konferencję prasową De Wevera” – ubolewa felietonista De Morgen. „Polityka okazuje się ważniejsza od spraw społecznych i ekonomicznych. Nie tylko dla nich, ale także dla nas – wyborców, mediów – kwestia nowego gabinetu ma większe znaczenie niż rzeczywistość”.
Rozbuchany sektor publiczny, wszechmocne związki zawodowe, polityka klientelistyczna… Greccy przedsiębiorcy, którzy sami nie są całkiem bez winy, mają do władz rozliczne pretensje, lista tych pretensji nie ma końca. Ale w wyniku delokalizacji firm, zaniedbania badań naukowych i ucieczki przed podatkami to oni mogą ucierpieć jako pierwsi w razie wyjścia Grecji ze strefy euro.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.