Dziennik De Volskrant pisze dziś o rejestrze Romów w Nieuwegein, mieście w centralnej Holandii. Jego lewicowy burmistrz Cor de Vos przekonuje, że gminy, gdzie żyje najwięcej Romów powinny prowadzić ich ewidencję. „Mamy tu do czynienia z grupą ludzi, która nie jest zintegrowana z holenderskim społeczeństwem. Trzeba im pomóc – przez wzgląd na nich i na ich sąsiadów. Ale nie będziemy w stanie tego zrobić, jeśli nie poznamy ich sytuacji”, oświadczył ten lokalny polityk. Zeszłej środy zaś na jaw wyszło, że władze miasteczka Ede od ponad trzydziestu lat takie dane na temat Romów zbierały. Pochodziły z policji, opieki społecznej zajmującej się dziećmi oraz z Ministerstwa Sprawiedliwości. Władze przeprosiły, ale podkreśliły, że holenderskie prawo „pozostaje w tyle za rzeczywistością”.
Rozbuchany sektor publiczny, wszechmocne związki zawodowe, polityka klientelistyczna… Greccy przedsiębiorcy, którzy sami nie są całkiem bez winy, mają do władz rozliczne pretensje, lista tych pretensji nie ma końca. Ale w wyniku delokalizacji firm, zaniedbania badań naukowych i ucieczki przed podatkami to oni mogą ucierpieć jako pierwsi w razie wyjścia Grecji ze strefy euro.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.