„Google przybywa do miasta”, pisze w tytule Frankfurter Rundschau dzień po niespodziewanym ogłoszeniu przez amerykańskiego giganta informacji o planowanym uruchomieniu w listopadzie 2010 r. w dwudziestu niemieckich miastach projektu „Street View”. Jest on realizowany od jakiegoś czasu w dwudziestu trzech krajach, a od trzech lat napotyka opór Berlina i znacznej części jego mieszkańców, pragnących zachować kontrolę nad swoim prywatnym życiem. Dlatego też – informuje dziennik – wprowadzono w tej sprawie „bezprecedensowe” obostrzenia: rząd udostępnił w sieci formularz, który może pobrać każdy właściciel czy mieszkaniec budynku odmawiający zgody na publikację swojego zdjęcia oraz zdjęcia najbliższego otoczenia. Google twierdzi, że otrzymał już setki tysięcy takich wniosków.
Rozbuchany sektor publiczny, wszechmocne związki zawodowe, polityka klientelistyczna… Greccy przedsiębiorcy, którzy sami nie są całkiem bez winy, mają do władz rozliczne pretensje, lista tych pretensji nie ma końca. Ale w wyniku delokalizacji firm, zaniedbania badań naukowych i ucieczki przed podatkami to oni mogą ucierpieć jako pierwsi w razie wyjścia Grecji ze strefy euro.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.