Gândul, 19 lipca 2010
„Siedem cudów merów”, pisze z ironią na pierwszej stronie dziennik Gândul, krytykując „oszałamiające wymysły” lokalnych rumuńskich polityków. Gazeta podaje przykłady – fontanna grająca „Odę do radości”, autobus turystyczny w Braszowie, który jest zbyt szeroki, żeby zmieścić się w jego uliczkach, oraz dwie szklane piramidy swobodnie nawiązujące do tej sprzed Luwru, a wystawione przed dwoma merostwami. Gazeta wspomina też o dwóch działach z czasów drugiej wojny światowej zdobiących pewną miejscowość. „Wieczorami to wygląda tak pięknie”, raduje się gospodarz miasta. Może by i było się z czego cieszyć, gdyby nie to, o czym przypomina Gândul, że „mieszkańcy wciąż nie mają ciepłej wody”.
Rozbuchany sektor publiczny, wszechmocne związki zawodowe, polityka klientelistyczna… Greccy przedsiębiorcy, którzy sami nie są całkiem bez winy, mają do władz rozliczne pretensje, lista tych pretensji nie ma końca. Ale w wyniku delokalizacji firm, zaniedbania badań naukowych i ucieczki przed podatkami to oni mogą ucierpieć jako pierwsi w razie wyjścia Grecji ze strefy euro.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.