„Czy coś może jeszcze ożywić Europę?”, zastanawia się na pierwszej stronie The Economist. Przez ostatnie półtora roku, które upłynęło pod znakiem gospodarczego i politycznego kryzysu, „rola Unii w świecie najwyraźniej zmalała”, pisze londyński tygodnik gospodarczy. Cofa się potem do czasów, gdy na czele Komisji Europejskiej stał Jacques Delors, określany przez pismo mianem „błyskotliwego i wybuchowego”. Dziennikarze przekonują, że dzisiejsi przywódcy Unii powinni zabrać się do dokończenia tego, co Francuz rozpoczął. Chodzi o „uwolnienie gospodarki i ustanowienie wspólnego rynku”. W komentarzu redakcyjnym czytamy: „Wspierając wzrostu gospodarczy, UE i ulży swoim obywatelom. W tej chwili europejscy liderzy skupiają się głównie na cięciu wydatków, ale lepiej byłoby, gdyby dołożyli do tego nieco reform w duchu tych z 1992 r.”.
Rozbuchany sektor publiczny, wszechmocne związki zawodowe, polityka klientelistyczna… Greccy przedsiębiorcy, którzy sami nie są całkiem bez winy, mają do władz rozliczne pretensje, lista tych pretensji nie ma końca. Ale w wyniku delokalizacji firm, zaniedbania badań naukowych i ucieczki przed podatkami to oni mogą ucierpieć jako pierwsi w razie wyjścia Grecji ze strefy euro.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.