Pierwsza strona rzymskiego dziennika La Republicca jest dziś pusta. Dlaczego? To protest przeciwko „gwałtowi na demokracji”. Gazeta z furią zareagowała na wieść, że senat zatwierdził forsowaną przez premiera Silvio Berluscioniego „ustawę kagańcową” regulującą zakładanie podsłuchów telefonicznych, czemu ostro się sprzeciwiała. Te nowe przepisy zakładają, że legalnie podsłuch będzie mógł funkcjonować przez 75 dni i pozwalają na publikowanie przez media tylko krótkich streszczeń nagranych rozmów po zakończeniu dochodzenia. Redakcje, które złamią prawo, muszą się liczyć z karami sięgającymi nawet 450 000 euro. Zapisy rozmów telefonicznych spędzały ostatnio rządowi sen z oczu. W maju minister rozwoju Claudio Scajola musiał odejść po ujawnieniu skandalu korupcyjnego związanego z programem robót publicznych. Prasa ujawniła serię seksualnych wyskoków premiera Berlusconiego, ale teraz odnosi on zwycięstwo nad mediami, które – jak twierdzi – mają zbyt wiele swobody. „Właśnie opada kurtyna”, pisze La Stampa świadoma tego, że u podstaw nowego prawa leżą „marzenia polityków o posiadaniu immunitetu na czas skandali i o bezkarności zapewniającej im spokojną przyszłość”. Rząd Berlusconiego zamierza teraz przepchnąć ustawę przez niższą izbę parlamentu łącząc ją z głosowaniem nad wotum zaufania dla swojego gabinetu.
Rozbuchany sektor publiczny, wszechmocne związki zawodowe, polityka klientelistyczna… Greccy przedsiębiorcy, którzy sami nie są całkiem bez winy, mają do władz rozliczne pretensje, lista tych pretensji nie ma końca. Ale w wyniku delokalizacji firm, zaniedbania badań naukowych i ucieczki przed podatkami to oni mogą ucierpieć jako pierwsi w razie wyjścia Grecji ze strefy euro.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.