„Jedno słowo należy wykluczyć z debaty w sprawie emerytury w wieku 60 lat: słowo ‘tabu’”, ponieważ obejmuje ono „tych, którzy bronią postępu społecznego niczym prymitywne plemię rozpalone widokiem archaicznego bożka”, pisze Libération. W chwili gdy rząd rozpoczyna rozmowy ze związkami zawodowymi w sprawie reformy w tej dziedzinie, gazeta wraca do słów ministra pracy, który oświadczył, że trzeba „wpływać” na wiek kończenia aktywności zawodowej – ustalony w 1983 r. na 60 lat. Lewicowy dziennik ocenia, że podwyższenie progu emerytalnego „uderzy przede wszystkim w robotników i urzędników, którzy wciąż żyją krócej niż inni”. Natomiast konserwatywne Le Figaro przypomina, że Francja jest krajem, w którym obowiązuje najniższy wiek emerytalny w Europie. A na przykład w Szwecji i w Niemczech wynosi on 67 lat.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?