„Sędziowie podkładają bombę pod wybory” – planowane w Belgii na 13 czerwca – pisze w tytule De Standaard. Dwunastu prezesów flamandzkich sądów pierwszej instancji ostrzega w liście rozesłanym do wielu z tych, którzy decydują o losach kraju, że głosowanie będzie niezgodne z prawem. W 2003 r., dowodzą, Trybunał Konstytucyjny uznał, że elekcja będzie sprzeczna z Konstytucją dopóty, dopóki nie dokona się podziału dwujęzycznego okręgu wyborczego Bruxelles-Hal-Vilvorde, będącego kością niezgody między społecznością flamandzką a frankofońską. Sędziowie chcieliby, żeby głosowanie odbyło się zgodnie z podziałem na okręgi sprzed 2003 r., wtedy właśnie zmieniono granice Bruxelles-Hal-Vilvorde. Ale „na niespełna czterdzieści dni przed wyborami taka gigantyczna reorganizacja” wydaje się „niewykonalna”, ocenia flamandzki dziennik. Minister spraw wewnętrznych Anemie Turtelboom odpowiada na to, że „Trybunał Konstytucyjny uznał obecną ordynację za niezgodną z ustawą zasadniczą, ale jej nie uchylił. Zatem nadal zachowuje ona moc”. Taka interpretacja orzeczenia podzieliła prawników. Belgia „zmierza ku nielegalnym wyborom, ignorując ostrzeżenie dwunastu sędziów”, stwierdza De Standaard.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?