Kryzys grecki i kryzys strefy euro zaczynają wymykać się spod kontroli. The Economist daje okładkę inspirowaną słynnym filmem Francisa Forda Coppoli „Czas apokalipsy”, która ma pokazywać, jaki zapanował nastrój. „Niektórym wyda się zadziwiające, że zapaść małej, peryferyjnej gospodarki staje się nagle zagrożeniem dla największej na świecie strefy gospodarczej”, pisze tygodnik, a następnie wprost wskazuje na winnego. To Niemcy, zwlekające z poparciem planu ratunkowego. „Przez cały czas Berlin próbował zjeść ciastko i mieć ciastko: wesprzeć Grecję, ale ukarać ją za jej występki; wspomóc jej gospodarkę, ale nie wydać na to ani grosza; traktować kryzys jako problem wyłącznie grecki, kiedy niemieckie banki i niemieccy obywatele udzielający Grecji pożyczek również mogą stracić”. Zamiast wyjaśnić wyborcom, dlaczego wsparcie bankrutującego kraju leży w ich narodowym interesie, Angela Merkel „boi się ich rozgniewać przed ważnymi wyborami regionalnymi 9 maja”. Europa nie opanuje kryzysu i nie zażegna groźby tego, że rozleje się on na cały kontynent, dopóki „jej aparat decyzyjny nie zostanie zreformowany, a Niemcy radykalnie nie zmienią kursu”.
Zgodnie z tradycją, przy ważnych elekcjach o znaczeniu ponadnarodowym The Economist ujawnia swojego faworyta. Na tydzień przed brytyjskimi wyborami parlamentarnymi wyznaczonymi na 6 maja tygodnik pisze, że chociaż Partia Konserwatywna „ma swoje wady”, a jej kampania była „letnia”, David Cameron i jego partia powinni wygrać.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?