„Hiszpański senat będzie debatował w pięciu językach”, pisze madrycki dziennik El Mundo. Rządząca partia socjalistyczna, wraz z regionalnymi nacjonalistami, postanowiła poddać pod głosowanie postulat, by w izbie wyższej parlamentu posługiwać się wszystkimi oficjalnymi językami – hiszpańskim/kastylijskim, katalońskim, baskijskim, galisyjskim i walenckim. Gazeta przyznaje z ironią, że obsługa tłumaczenia symultanicznego będzie „identyczna z tą, która obowiązuje w ONZ i Parlamencie Europejskim”. Nacjonaliści chwalą inicjatywę, bo to element „demokratycznej normalności”, ale opozycyjna Partia Ludowa uznała ją za „absolutnie niepoważną” i „ośmieszającą kraj na arenie międzynarodowej, (...) [skoro] senatorowie będą nosić słuchawki, by zrozumieć siebie nawzajem w izbie, w której wszyscy mówią w jednym języku”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?