„Belgia zmierza ku awanturze wyborczej”, pisze w tytule De Standaard dzień po przyjęciu przez króla Alberta II dymisji premiera. Yves Leterme zrezygnował z pełnienia funkcji szefa rządu po fiasku negocjacji w sprawie podziału dwujęzycznego okręgu wyborczego Bruxelles-Hal-Vilvorde (BHV), a właśnie ta sprawa jest kością niezgody między frankofonami a Flamandami. Przyspieszone wybory wydają się jedynym wyjściem z sytuacji. La Libre Belgique zauważa, że Leterme składa dymisję „już po raz piąty w ciągu trzydziestu miesięcy” – dwa razy, jeszcze gdy był kandydatem na premiera, trzy – kiedy nim już został. O „nieopisanym, wyniszczającym, świadczącym o braku odpowiedzialności chaosie”, pisze Le Soir i wyraża obawę, że Belgia może się znaleźć „w sytuacji zagrożenia finansowego, której rynki mogłyby jej nie wybaczyć”. De Standaard ubolewa nad tym, że „nikt nie chce już rządzić” tym krajem. Zdaniem gazety „sytuacja w kraju sięga granic absurdu. Warto się zastanowić, czy Flamandowie i frankofoni mają jeszcze przed sobą jakąś wspólną przyszłość”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?