Dwadzieścia siedem krajów członkowskich UE uzgodniło 26 kwietnia „Podstawowe zasady struktury i działania nowej europejskiej służby dyplomatycznej” (EEAS). Stało się to cztery miesiące po objęciu przez Catherine Ashton funkcji wysokiego przedstawiciela do spraw zagranicznych. Jak wyjaśnia El Períodico, EEAS będzie najprawdopodobniej liczyła 130 rozsianych po całym świecie placówek, będzie miała 5 000 urzędników, a jej budżet wynosić będzie 30 miliardów euro. Dziennik Gazeta Prawna ubolewa, że ten ostatni znajdzie się pod ścisłą kontrolą „dużych” krajów, które zgarnęły dla siebie najważniejsze stanowiska, natomiast Le Soir wyraża obawę, że służba ta będzie czymś w rodzaju „instytucjonalnego mutanta”, znajdą się w niej i urzędnicy unijni, i dyplomaci z poszczególnych państw „chwilowo przez te państwa ’wypożyczeni’”. Toczy się już zajadła walka między z jednej strony członkami Unii, którym chodzi o „uplasowanie” swoich ludzi na kluczowych stanowiskach EEAS, a Komisją z drugiej, ta liczy, że uda jej się „nadać służbie jak najbardziej wspólnotowy charakter”.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?