W najbardziej ateistycznym kraju Unii Kościół katolicki włącza się do kampanii wyborczej. Jego zwierzchnik, kardynał Miroslav Vlk, arcybiskup Pragi, potępił partie polityczne, które przyczyniły się w marcu tego roku, w środku sprawowania prezydencji przez Czechy, do obalenia rządu koalicyjnego. Jego „klątwa” trafiła na pierwsze strony gazet MF DNES i Lidové Nowiny. Zachowanie czeskich polityków jest przejawem „nieodpowiedzialności”, twierdzi kardynał, i dlatego „nie powinni oni być wybrani do Parlamentu Europejskiego”. Krytyczne uwagi hierarchy kierowane są głównie do socjaldemokratów i komunistów. Na reakcję przywódcy tych pierwszych nie trzeba było długo czekać: Jiri Paroubek oskarżył arcybiskupa Vlka o to, że broni „interesów Kościoła”: upadek rządu Mirka Topolanka przeszkodził mu w odzyskiwaniu „dóbr” i „miliardów czeskich koron” skonfiskowanych przez komunistów.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?