Stu demonstrantów zebrało się 9 lutego przed budynkiem ambasady Włoch w Teheranie, pod jej oknami wznosili okrzyki „śmierć Włochom”, w ruch poszły kamienie. Do tego wystąpienia doszło po przemówienia Silvia Berlusconiego w izraelskim Knesecie. Premier Włoch wspomniał o konieczności obrony Izraela i wspierania irańskiej opozycji. Według dziennika La Stampa „relacje na linii Rzym–Teheran, niegdyś dostatecznie ciepłe, by wzbudzać niepewność najtwardszych rządów Zachodu, w ostatnich dniach dramatycznie się pogorszyły”. Po przemówieniu Berlusconiego firma ENI, gigant na włoskim rynku energetycznym, ogłosiła, iż nie zamierza odnawiać swoich irańskich kontraktów. Tym samym Rzym dołączył do innych europejskich stolic izolujących reżim w Teheranie, pisze La Stampa. Dla kraju, „który chce odgrywać istotną rolę na scenie międzynarodowej, dobre relacje z Teheranem stanowiły niewygodny ciężar”. Demonstracje odbyły się wczoraj również przed ambasadami Francji i Holandii.
Choć Estończycy uważają się za naród podłączony do sieci, to statystyki pokazują, że tylko jedna trzecia ludności ma konto w słynnym serwisie społecznościowym. Bo życie prywatne nie powinno być na pokaz, uważają ci pozostali.
Przywódca Koalicji Radykalnej Lewicy to nowa nadzieja greckiej polityki. Manewrując zręcznie między pragmatyzmem a retoryką walki klas, sieje on niepokój w Berlinie – i to nie tylko wśród zwolenników merkelowskiej polityki zaciskania pasa.
Gospodarcze niedole Europy zmuszają nas do próby zrozumienia tajemnego, olimpijskiego świata globalnych finansów. Czy jednak teraz, kiedy zwracamy większą uwagę na rentowności obligacji i mechanizmy stabilności, nie staje się jasne, że eksperci, tam na swoich wyniosłych szczytach, też nie wiedzą, co się dzieje?